Potlacz

Z czasów kiedy byłam młoda, piękna i studiowałam, pamiętam to charaterystyczne święto niktórych plemion Indian Ameryki Północnej. Zbierały się dwie wioski, dwa klany, dwie rodziny – w zależności od wydania i każda z nich starała się upokorzyć drugą wielkością dóbr przeznaczonych na prezenty dla przeciwnika, lub – na zniszczenie. W przypadkach wyjątkowej fantazji gospodarza kończyło się to spaleniem jego chaty razem z zawartością. Służyło to zdaniem jednych – redystrybucji dóbr (wioska bogatsza dawała żywność biednejszym w zamian za prestiż – czytaj przywództwo), albo wyłącznie ustalaniem pozycji w hierarchii.

Przypomniała mi się ta ciekawa ceremonia w czasie obserwowania młodych par wykonujących sobie ślubne zdjęcia w Łazienkach. Ceremonia ślubu i wesela ma w sobie wiele cech potlaczu. Przede wszystkim zasadę "postawienia się" celem uzyskania dobrej wyjściowej pozycji w hierarchii często kosztem swoich realnych potrzeb. Miało to sens w przypadku rodzin artystokratycznych, gdzie młodzi mieli okazję na koszt rodziców poznać "wszystkich ważnych", czy ma to sens teraz?

W czasie gdy sama miałam wątpliwości, co do sensu i sposobu ogranizacji naszego wesela, usłyszałam od kogoś – "co się przejmujesz, rodzice zapłacą a ty dostaniesz prezenty, nie będzie wesela to nic nie dostaniesz". No i to jest zderzenie różnych światów – części ludzi, nie mieści się w głowie, że młodzi płacą sami, a i prezentów nie oczekują, bo zapraszają raczej według tego, kogo chcieli by widzieć w ważnej chwili, a nie kto jest najbardziej zamożny. Niestety takie podejście wymaga też postawienia na swoim – my płacimy, my organizujemy – tak, żebyśmy się dobrze bawili. Dzięki temu swoje wesele wspominam z przyjemnością, mimo ogromnego zmęczenia przygotowaniami.  A goście jakoś przeżyli zabawę na budowie i picie w ogrodzie ;)

A co do skojarzeń z potlaczem – tu jest ciekawy felieton, jakie jeszcze można znaleźć odniesienia do tej ceremonii w naszym życiu.

Leave a Reply »»