Nie ma nic smutniejszego niż jedzenie w samotności

tytułowe zdanie miał ponoć wypowiedzieć Carlo Petrini, założyciel ruchu slow food.

Częściej niż w samotności je się w pracy, praca to specyficzny rodzaj samotności. Dużo ludzi dookoła, gwar, szum, ale ludzie praktycznie ani się nie znają, ani nie mają czasu na spokojną rozmowę oderwaną od realiów firmy. Muszę przyznać, że jednym z największych uroków pracy w eo była kuchnia, gdzie od czasu do czasu zbierała się grupka plotkarzy i gadulców. Pozornie strata czasu z punktu widzenia pracodawcy, który to pracodawca od czasu do czasu grupkę rozganiał, ale – 10 minut absurdalnych wygłupów przy robieniu herbaty mnie pozwalało się zregenerować bardziej niż długa przerwa, czy konsumpcja kanapki przy klawiaturze, bez odrywania się od pracy.

A wracając do ruchu slow food – rzeczywiście w pośpiechu współczesności coraz bardziej zatracamy piękną część życia jaką jest gotowanie i jedzenie. Właściwie to zatracamy też kuchnie jako miejsce gotowania. Coraz częsciej to tylko aneks kuchenny pozbawiony zaplecza w postaci spiżarni, czy miejsca do przygotowania potraw. Miejsce sterylne, pozbawione magii i zapachu. Kto jeszcze wiesza w kuchni warkocze czosnku czy zioła? No bez żartów, przecież toto czuć by było w całym mieszkaniu wyposażonym w otwarty aneks kuchenny. Założę się, że nie brakuje już ludzi, którzy wogóle nie wiedzą jak wygląda warkocz czosnku, a czosnek znają w postaci proszku z torebki.

Kiedy mam czas na gotowanie poświecam kilka – kilkanaście minut na wąchanie przypraw i zastanawianie się jaki zestaw pasuje do dania, nie da się to porównać z użyciem gotowych mieszanek. Tak jak hamburgera nie da się porównać z bogactwem ziół i przypraw korzennych w potrawach, które slow food chce chronić razem z kulturą jedzenia. Jeść też można różnie – przy klawiaturze najlepsza potrawa smakuje inaczej (papierowo?) niż przy stole z przyjaciółmi. Od czasu do czasu warto więc przygotować coś w domu i zjeść bez pośpiechu.

Leave a Reply »»