o własności intelektualnej moje trzy grosze,

A tak naprawdę to raz jeszcze o muzyce rozpowszechnianej w sieci. Zastanawia mnie, że publicznie nakręca się kampanie "nie kradnij" uświadamiając biednych userów, że muzyka kosztuje, ale ani słychu o kampaniach w stylu "nie oszukuj", które choć trochę broniły by praw konsumentów wobec dostawców muzyki. Skoro chcemy traktować muzykę, filmy jak każdy inny towar to bądźmy konsekwentni.

Pytanie pierwsze – co kupuję – nośnik, czy jego zawartość?

Jeśli nośnik – to ja osobiście go nie potrzebuję i nie chcę i na nic mi on. Żadnej przyjemności w ustawianiu płyt na półce nie mam. Interesuje mnie głównie odtwarzanie zawartości na różnego rodzaju sprzętach uzywających raczej dysku czy kart. Czyli nośnik jest be, jest mi wmuszany przez producenta, dlaczego mam czuć się złodzejem nie kupując czegoś, czego nie potrzebuję i nie chcę? Gdzie prawo, które broniło by mnie przed kupowaniem tego szajsu? Przecież prawnie nakazuje się na przykład tpsie rozdzielenie abonamentu od neo, żeby konsumentom nie wmuszać produktów w pakiecie.

Skoro nie nośnik to zawartość kupuję tak? To jakiś czas temu kupiłam kilka kaset, mam też trochę płyt winylowych. Zapłaciłam za ich zawartość, twórca dostał swoją przepisową działkę. Nadal tej zawartości chcę słuchać. Kupilam – mam prawo, prawda? A *uj. Nie mogę tego już słuchać, bo żaden komputer póki co kaset nie odtwarza, winyli też nie. Czyli nie zawartość kupiłam, a nośnik. Ale halo, przecież ja nośnika wcale nie chciałam, chciałam tylko zawartość… Zapłaciłam za nią, a korzystać już nie mogę.

No i jeszcze kwestia jakości. Załóżmy, że sieć jest be i przesłuchać nie mogę sobie wcześniej. Radio jest be z innych względów, nie zawsze tam można coś ciekawego uslyszeć, a wysłuchiwać bzdetów przerywanych gadaniem przez 24h na dobę czasu nie mam. Czyli losuję sobie i kupuję coś. A co jeśli to coś jest jakości podłej po prostu? Towar innego rodzaju jeśli ma wady – mogę oddać, wymienić. Towaru "intelektualnego" o "intelektualnej" skazie zareklamować nie mam możliwości. Czyli kupilam bubel – moje ryzyko, moja strata? Czyli jednak to wcale nie jest "towar", skoro nie jest to towar to … dlaczego mam kupować, a nie wziąść sobie? Dlaczego faktycznie ryzyko ponosi tu tylko strona kupująca? Strona sprzedająca nie zobowiazuje się do niczego poza zapewnieniem ładnego opakowania – ale to nie opakowanie chcę kupić. Strona sprzedajaca nie jest nawet ograniczona prawami o nieuczciwej reklamie czy nieuczciwej konkurencji. Mówiąc wprost może wcisnąc dowolny kit z ładną laską na okładce i napisem, że jest to zajebisty przebój tysiąclecia i muzyka o jakiej zawsze marzyłeś drogi konsumencie.

I na koniec – własność intelektualna to też tak zwane dobra "kultury", te najlepsze (cokolwiek to znaczy) wchodzą do kanonu i stają się częścią naszej tożsamości. Ze względu na ulotność muzyki konkretnie i jej kontekstów, oraz filmów i ich kontekstów ten proces jest szybszy, bo w tym zakresie nasza tożsamość kulturowa zmienia się szybciej niż np w zakresie religii czy literatury. Jednakże – dobra kultury postrzegamy jako nasze wspólne, jako coś co wszyscy rozpowszechniamy ale i wszyscy z tego korzystamy. Wiersze Szymborskiej mogę sobie wpożyczyć z bibloteki, ale juz "Imagine" Lenona nie. Dlaczego?

Zdaje sobie sprawę, że twórcy chcą zarobić. OK. Nawet chcę im zapłacić, za to co naprawdę dobre, ale proszę – za to co dobre i raz tylko. I nawet jako rasowy konsument dam się uwieść reklamom, w ktorych mój ulubiony twórca występuje, dam się zachęcić do kupna cukierków czy innych perfum. W końcu ja chcę muzyki, oni chcą wygodnie żyć i jest ok. Tylko, że sytuacja zmierza w kierunku skrajnej nierównowagi, gdzie tylko jedna strona jest zorganizowana, druga zaś mówiąc brutalnie wykorzystywana do płacenia za wszystko niezależnie czy slucha, czy nie (fryzjer ma zapłacić za sam fakt puszczania muzyki, czyli pośrednio płacę za coś, czego wcale nie slucham), czy wogóle ten towar jest jakiejkolwiek jakości.

A przy okazji polecam genialny wpis qartyka http://qatryk.pl/?p=334

Leave a Reply »»