wiedza ‘ludowa’

Najpierw cytat:

“[...]muszę powiedzieć panu kilka słów o “imprintingu”. Na przykład kurczaki: już w chwili, gdy wykluwają się z jaj, mają “wdrukowane” w mózg określone zachowania. Pokazuje się takiemu namalowany na kartonie cień jastrzębia i kurczaczek zaczyna się panicznie bać, choć przecież nie może wiedzieć, co to jest jastrząb, bo nie zdąrzył nauczyć się tego od mamy. Profesor Kamieński robił doświadczenia na ludziach. Okazało się, że “imprinting” nie istnieje… z jednym, malutkim wyjątkiem. Gdy podczas doswiadczeń pokazywano pacjentom Górę Ślężę – z pewnego ujęcia, na zamazanej, ciemniej fotografii – to wiele osób przyznawało, że odczuwa silny niepokój”.

Cytat z opowiadania “Waniliowe plantacje Wrocławia” w “Zapachu szkła” Andrzeja Ziemiańskiego.

A teraz drogi czytelniku, czy widzisz na tym obrazku jakiś nie pasujący szczegół?

Ci wszyscy, co po nocach przed egzaminem z wstępu do psychologii, psychobiologii albo czegoś podobnego obkuwali definicje to po poczuciu czegoś na kształt dysonansu poznawczego, wygrzebią być może w zakamarkach mózgu definicję:

“imprinting
termin używany w etologii, opisujący rodzaj uczenia się ograniczonego z góry, które odbywa się szybko, w relatywnie krótkim okresie, jest niezwykle odporne na wygasanie lub zmianę oraz ma głęboki i trwały wpływ na późniejsze zachowanie społeczne w stosunku do obiektów bodźcowych; klasycznym przykładem jest tu reakcja "piętna" u kaczek, polegająca na tym, że świeżo wyklute kaczątko podąża za obiektem występującym przez okres krytyczny (zwykle matką). ”
(http://www.psychologia.edu.pl/index.php?dz=slownik&op=spis&id=2105 )

A co pozostanie w głowach pozostałych czytelników Ziemiańskiego? Część zapamięta idiotyczną definicję autora, część uzna imprinting za pojęcie umowne, istniejące jedynie na potrzeby opowiadania. Być może jedni i drudzy użyją tego znaczenia w rozmowie jakiejś z znajomymi, chcąć jakąś tezę swoją własną zbudować. Fakty podane w popularnej formie mają dużą łatwość szerzenia się, dużo większą niż definicje naukowe. Jednocześnie net daje każdemu możliwość pozostawienia tej błędnej definicji na forach, wikipediach i innych miejscach. Z jednej strony piękne, że każdy może tworzyć netowe encyklopedie, z drugiej ilu z tych twórców zastanawia się nad źródłem informacji, jaka się w ich szarych komórkach zapisała? Czy naprawde ta powszechnie tworzona i powszechnie dostępna wiedza jest cokolwiek warta? Warta jest tyle ile wewnętrzny filtr użytkownika, pozwalajacy rozpoznać wartościowe informacje.

Leave a Reply »»