Stary Sącz raz jeszcze, czyli nie samym pstrągiem człowiek żyje.

Z wpisu tryta nijak nie wynikało dlaczego niektórzy powinni Stary Sącz zobaczyć koniecznie, a inni powinni od tego miejsca trzymać się z daleka. Będzie więc moja opowieść.

Pierwszy raz Stary Sącz zobaczyłam w zamierzchłych podstawówkowych czasach. Miasteczko z niemal całkowicie parterową zabudową, charakterystyczną architekturą i zachowanym średnowiecznym układem ulic, dla wielkomiejskiego dziecka był jak wycięta ilustracja z książki. Takie miejsca po prostu nie powinny w praktyce istnieć. W sumie taka trochę pocztówkowa wersja rynku utkwiła mi w pamięci. Kikanaście lat później przyjechałam do Starego Sącza jako “prawie magister” w celu wykonania badań na zlecenie PAN. Kiedy stanełam na rynku uświadomiłam sobie, że znam to miejsce i to znam je bardzo dobrze. Przez kilkanaście lat, w czasie których w Polsce zmieniło się niemal wszystko, Stary Sącz pozostał bez zmian. Nadal dwie restauracje na rynku, jeden sklepik z pamiątkami, cukiernia i kilka barów mlecznych. No i ten charakterystyczny średniowieczny rynek. A ja po kilkunastu latach wiedziałam co gdzie się znajduje, mimo że poprzedni raz byłam tu tylko kilka godzin! Dwa tygodnie spędzone w tym mieście były trochę jak próby biegu w wodzie. Warszawiacy, przyzwyczajeni do ciągłego pędu i braku czasu skonfrontowani z miejscem, gdzie czas po prostu stanął. A nawet jeśli się przesuwał, to robił to bardzo dyskretnie.

W takim miejscu czy chcesz czy nie musisz się uspokoić, zwolnić, popatrzeć dookoła, zacząć dostrzegać detale. Zwykle zachwycam się architekturą zbliżoną do gotyckiej, oglądam się za wysokimi wieżami starych kościołów, bo one wydają się zwycięstwem ludzkiej woli nad otoczeniem. W Starym Sączu jednak zachwycam się tymi niziutkimi domami częsciowo zapadniętymi w ziemię. Niektóre mają już okna na wysokości kostek przechodniów. Więszość ma charakterystyczny układ – duże wejście dokładnie na środku, za nim korytarz prowadzący na drugą stronę domu, pomieszczenia zaś po obu stronach korytarza. Niektóre mają zachowane drzwi, a raczej bramy, z niezwykłymi zdobieniami. Oczywiście takich perełek trzeba poszukać, bo mieszkańcy traktują cała tą zabytkowość jak dopust boży i niektórzy wręcz jak cel życia traktują walkę z konserwatorem zabytków. I też trudno im się dziwić, polskie prawo tylko narzuca utrudnienia, nijak nie pomaga chronić zabytkowości domów, w których ludzie przecież mieszkają na co dzień! Zabytkowości Starego Sącza raczej się nie sprzedaje, nie ma tu tłumów turystów, jedynie czasem pielgrzymki, bo perłą miasta jest klauzurowy klasztor założony przez świętą Kingę.

Uparłam się, żeby pokazać Stary Sącz mojej drugiej połówce, która strasznie się przed tym broniła, ale to ja jestem bardziej uparta. I tak włąśnie przyjechałam do Starego Sącza znowu po kolejnych kilku latach. Nadal było to miejsce, gdzie czas porusza się bardzo leniwie, są dwie restauracje i jeden kiosk z pocztówkami. Jest nawet ten sam zajazd przed wjazdem do miasta. Drastycznie zmieniło się tylko jedno – na zabytkowym, naprawdę pięknym rynku wymalowano obleśną białą farbą parking. Tak jakby w miasteczku, które całe można przejść w poprzek w ciągu niecałej godziny, była konieczność parkowania w centrum, koniecznie na rynku. Domki dookoła pozostały malutkie i urocze. Zdjęcia z notki tryta niestety tego nie pokazują, bo jak słusznie zauważył na tych z najpięniejszych miejsc jest jeszcze dodatkowy element w postacji mojej osoby.

Miasto żyje swoim powolnym rytmem, wszędzie jest blisko, kino nadal nie działa, ale w restauracjach można się objeść, opić, popatrzeć z tarasu na występy zespołów na rynku, a potem spacerkiem wrócić do zajazdu. No i jest cisza, góry dookoła. Co do gór – kiedyś wydawały się być blisko, na jakąś się nawet w czasach studenckich wybraliśmy,ale w czasach małżeńskich okazało sie, że góry są dużo dalej. Jest to miejsce gdzie musisz mieć czas dla siebie i osoby, lub osób, z którymi tu jesteś i gdzie możesz odpocząć od adrenaliny. Szczerze mówiąc to musisz, a nie możesz.

Z ciekawostek - w Starym Sączu jest prl-owski dworzez PKP, który chyba nigdy nie działał i jest prawie poza miastem, taki cud prl-owskiego planowania i logiki. Poza tym do klasztoru założonego przez osobę, która pół swojego życia spała w trumnie czekając na śmierć, przyjmuje się wyłącznie pogodne osoby. Tak przynajmniej opowiadała przełożona (przeorysza?) klasztoru, tylko ona rozmawia z osobami spoza klasztoru. Klasztor klauzurowy nie może być ucieczką przed problemami a jedynie świadomą rezygnacją ze świata.

 A mnie miasteczko kojarzy się jeszcze z koleżanką, która zrobiła kelnerowi awanturą, że nie będzie jadła ryby, która na nią patrzy… więc biedny kelner zabrał rybkę i odpiłował jej łepek. Druga koleżanka spytała się o jedną z pozycji z menu i otrzymała odpowiedź mniej więcej “nie wiem, nigdy tego jeszcze nie podawaliśmy, ale państwo obok zamówili, więc zobaczymy co kucharz zrobi” 

Leave a Reply »»