czego pożądają kobiety?

W ramach wędrówek po felietonach różnych trafiłam na felietony Janusza Leona Wiśniewskiego, czyli naszego największego specjalisty od serc kobiecych. To ten gość od „Samotności w sieci”. Już po tej książce można się zorientować, że jest to wielki mistrz w wyciąganiu pieniędzy z kieszeni kobiet zamotanych w swojej codzienności, zniechęconych i marzących o księciu na białym koniu, który im rozwiąże wszystkie problemy. W „Samotności w sieci” zamiast księcia na koniu, jest informatyk na serwerze(w współczesnej kulturze prawie jak książe, powiedzcie mi skąd się biorą te legendy o zarobkach informatyków?). „Na serwerze”, bo on proszę państwa maile od swojej ukochanej odbiera na takiej zajebistej maszynie, co to trzy są na świecie i trzeba specjalnej przepustki, żeby ją (maszynę nie ukochaną) zobaczyć. I on te przepustkę ma, i odpala na tej maszynie coś w rodzaju outlooka i maile czyta. Po tej lekturze byłam pewna, że gość komputera na oczy nie widział, ale nie, on jest doktorem informatyki, drugi doktorat więc powinni mu dać za umiejętność wczuwania się w potrzeby tych, które faktycznie nie wiedzą, że wyświelanie maili w windowsach to niekoniecznie przeznaczenie serwerów.

Skoro tego pana już przedstawiłam wszystkim nieznającym go jeszcze, to mogę przejść do jego felietonów. W onetowej kobiecie jest ich cała seria, miedzy innymi mój faworyt jak pożądają mężczyźni. Gdyby wiśnia jedna ograniczyła się do twierdzeń na temat, to bym czepiać się nie mogła, w końcu jak pożądają mężczyźni nie wiem, co najwyżej zakładam, że intensywnie…. W felietonach Wiśniewski krok po kroku buduje obraz kobiety z natury wiernej, biologicznie uwarunkowanej na bieganie za jednym samcem, zaprogramowanej tak by patrzeć mu prosto w oczy i na nic więcej, za to mężczyzna jest biologicznie zaprogramowany na patrzenie kobietom na biust i rozsiewanie swoich genów, co potwierdzać ma fakt występowania w świecie poligamii.Tyle tylko, że umkneło mu, iż poligamia ma dwie odmiany – poligynię i poliandrię. Która z nich występuje w jakim rejonie w dużej mierze zależy od uwarunkowań. Bardzo dobry tekst na ten temat można znaleźć w tarace. Cały dorobek antropologii kulturowej pokazuje, że to co my uważamy za „naturalną formę rodziny” jest tylko formą specyficzną dla naszego tu i teraz, a na przestrzeni wieków i w różnych warunkach biologicznych formy rodzinne były naprawdę zaskakujące, wliczając w to społeczności gdzie kobiety żyły grupowo i mężczyźni grupowo, a pojęcia „atomowej komórki” nie było wcale. Wzorce kulturowe do których sie stosujemy mimo wszystko są naszym wyborem strategii, nawet jeśli najczęściej są wyborem nieświadomym.

Co do biologicznych uwarunkowań – Wiśniewskiemu jakoś umkneły liczne badania pokazujące, że na poziomie bilogicznym kobiety mają dokładnie taką samą strategię zaspokojenia potrzeb ewolucji, jak i mężczyźni, to znaczy zaliczyć możliwie wielu partnerów o możliwie dobrej kondycji fizycznej. Przykładowo – kobiety ubierają się najbardziej wyzywająco i najbardziej są skłonne do „wyjść” z kimś innym, niż stały partner, w czasie gdy prawodpodobieństwo zajścia w ciążę jest najwyższe. W tym czasie też wykazują największe zainteresowanie mężczyznami agresywnymi, których normalnie unikają, jako stanowiących fizyczne zagrożenie. Od 45 do 55% mężatek zdradza, w porównaniu z  50 do 60% żonatych mężczyn (nawet dokopałam się jakie to były badania, 2002, the Atwood & Schwartz). Przeprowadzone w jakimś szpitalu w USA (tu już szczegółowych namiarów niestety nie znam) badania krwi niemowląt pokazały, że blisko 50% z nich ma innego bilogicznego ojca, niż wskazywany przez kobietę. A najpiękniejsze z tego wszystkiego były wyniki jakościowych badań probujących wyjaśnić, dlaczego liczba partnerów podawanych przez kobiety jest znacząco niższa, niż liczba partnerek podawanych przez mężczyzn. Otóż statystyczna kobieta ma listę „tych co się liczyli” i pomijaną listę „tych co się nie liczyli” (pojedyńcze wyskoki nie liczą się z definicji). No i pokłosie tych zachowań w krajach, gdzie uzyskanie rozwodu jest proste – pojawienie się „seryjnej monogamii”, czyli dziś małżeństwo z x,a za tydzień z y.

To tyle biologia i socjologia. A co na to nasza kultura? Jeśli mówimy o naszej lokalnej, to po wrzuceniu w google haseł typu „wierność małżeńska” znajduje kolosalną liczbę artykułów udowadniających, że wierność mamy w genach, a nawet jeśli jej nie mamy jako gatunek, to matka polka z pewnością jest jej ucieleśnieniem. Co najwyżej „niesie swój krzyż” w postaci męża lekkoducha. Całkiem niedawno czytałam felieton duchownego wskazujący, że kobieta męża porzucić nie może, nawet jeśli ten jest alkocholikiem i terroryzuje całą rodzinę. Nie może porzucić bo… on wówczas będzie skazany na nieszczęście, więc to kobieta ma nieść swój krzyż. I w te właśnie melodie wpisuje się Wiśniewski ze swoim felietonami. Oczywiście on nie tyka tak brzydkich i prozaicznych tematów, jednak mówi do mniej więcej tej samej grupy kobiet. „Naukowo” udowadnia im, że fakt tkwienia przy przypadkowym i często budzącym obrzydzenie facecie, jest naturalny dla kobiecej natury. Równie naturalny jak to, że ten facet je puszcza kantem i wykorzystuje. Te sierotki zaś odkładają na zakup jego książek i innych wydawnictw pieniądze, które mogły by wydać choćby na podręcznik asertywności. Może mogły by wyjść na prostą, gdyby z ton makulatury w kioskach nie przemawiały stada Wiśniewskich, udowadniających, że cierpienie jest w ich naturze i powinny być z tego dumne, powinny starać się być doskonałe dla swych mężów. A jeśli przez chwilę popatrzyły na przystojnego sąsiada, to powinny się zastanowić nad istotą swej kobiecości, może po prostu maja za dużo testosteronu? Może się wręcz leczyć powinny? Czy muszę wprost powiedzieć, że takie podejście mnie to złości? Egoistyczno feministycznie przyznaje sobie prawo do oglądania się za wszystkim, co posiada odpowiednie proporcje mięśni, właściwą karnację i odpowiedni wzrost. Wcale mi to zresztą nie przeszkadza wpisywać się w kulturę tworzenia i dbania o własną komórkę atomową 1 do 1, niemniej jednak wypraszam sobie przypisywanie tego mojej biologii. Jesteśmy istotami myślącymi, ani kobiety ani mężczyny nie kontroluje tylko biologia.

A, i jeszcze rodzynek – Wiśniewski przytacza badania na temat pierwszego spotkania: ”Około 8% czasu pierwszej minuty kontaktu kobiety przeznaczyły na oglądanie okolicy rozporka”. Jego zdaniem to mało, bo mężczyźni więcej czasu poświęcają na oglądanie biustu. Moim zdaniem to tylko kwestia spostrzegawczości. Poza tym biusty są eksponowane w bardziej wyrafinowany sposób. Jeśli nigdy koleżanka wam nie powiedziała, że macie rozpięty rozporek, to dlatego, że kobiety są… albo złośliwe albo nieśmiałe, w zależności od interpretacji :)

2 Responses to czego pożądają kobiety? »»


Comments

  1. komentarz by tryt | 2006/08/19 at 23:08:30

    Ech, to jest kwestia zaufania. Jeśli udfam swojej partnerce, to nie przeszkadza mi, że patrzy się na zadnią część jakiegoś mnięśniaka. Co prawda mogę być trochę zazdrosny, że mnięśniak ma fajniejsze mnięśnie ode mnie. Ale jest to cena, którą jestem w stanie zapłacić za możliwość cmokania i ślinienia się z zachwytu na widok Angeliny Jolie :-)

    Mój kolega ma z żoną układ: może patrzyć , ale nie może dotykać. To bardzo praktyczne ;)

  2. komentarz by Boby | 2006/12/06 at 20:37:14

    5


Leave a Reply »»